Nowe oblicze tradycji ludowej w polskiej sztuce współczesnej

0
3

Dlaczego tradycja ludowa wraca w polskiej sztuce właśnie teraz?

Tradycja ludowa, folklor, folk – o czym właściwie mowa?

„Tradycja ludowa” i „folklor” brzmią szlachetnie, ale w praktyce każdy rozumie je trochę inaczej. W polskiej sztuce współczesnej ten słownik bywa dodatkowo mieszany z tym, co znamy z festynów, jarmarków i „regionalnych” półek w supermarketach. Dobrze więc od razu oddzielić kilka poziomów znaczeń.

Kultura ludowa w klasycznym sensie to całokształt praktyk, wierzeń, form ekspresji, rzemiosła i obyczajów wypracowanych przez społeczności wiejskie. To nie tylko haft, wzór z pasiaka czy rzeźba świątka, ale także sposoby opowiadania historii, świętowania, współpracy, organizowania pracy i wolnego czasu. W tym ujęciu tradycja ludowa jest bardziej sposobem życia i myślenia niż katalogiem gotowych motywów do skopiowania.

Folklor bywa rozumiany węziej: jako repertuar pieśni, tańców, opowieści, przysłów, rytuałów i wizualnych znaków przypisanych do konkretnych regionów. To ten poziom, który można (z pewnym ryzykiem uproszczenia) „przetłumaczyć” na scenę, kostium i scenografię, a potem przenieść np. na plakat, okładkę płyty czy murale.

„Folk” w wersji festynowej to z kolei zredukowana, skomercjalizowana wersja obu powyższych. W niej liczy się przede wszystkim szybki efekt rozpoznawalności: kogut, parzenica, kwiat „łowicki”, „krakowiak” na kubku. O ile sama popularyzacja motywów nie jest grzechem, o tyle w sztuce współczesnej zbyt proste cytaty z „folku z festynu” są zwykle punktem wyjścia do krytycznej zabawy, a nie celem samym w sobie.

Właśnie między tymi trzema warstwami – głęboką kulturą ludową, folklorem jako repertuarem znaków i popularnym „folkiem” – porusza się dziś większość polskich artystów, którzy szukają nowego oblicza tradycji ludowej. Jedni próbują sięgnąć do żywej pamięci wiejskich społeczności, inni świadomie bawią się jarmarcznym kiczem, jeszcze inni – łączą oba porządki.

Napięcia społeczne i polityczne: dlaczego „korzenie” nagle stają się ważne

Powrót do ludowości w polskiej sztuce współczesnej nie dzieje się w próżni. Z jednej strony narasta zmęczenie przyspieszeniem, przepływem obrazów i globalną „uniwersalną” estetyką, która sprawia, że centra handlowe w Warszawie, Berlinie i Singapurze wyglądają niemal tak samo. Z drugiej strony pojawiają się mocne konflikty wokół tożsamości narodowej, podziałów miasto–wieś, pamięci historycznej i roli religii. Tradycja ludowa staje się tu polem sporu, ale i narzędziem negocjowania znaczeń.

Dla części środowisk politycznych ludowość jest wygodnym rezerwuarem „prawdziwej polskości”: czystej, zakorzenionej, rzekomo niezepsutej przez kosmopolityzm i współczesne przemiany. Dla artystów to często sygnał alarmowy – stąd w sztuce krytycznej pojawia się ironiczne i demaskujące podejście do „wsi wyidealizowanej”, do haftowanych orłów i wzorów używanych w nacjonalistycznej propagandzie. Sztuka nie tyle „wraca do tradycji”, ile raczej pyta, kto i w jakim celu tej tradycji używa.

Jednocześnie rośnie świadomość, że wieś współczesna nie kończy się na obrazach z „Chłopów” czy skansenu. To przestrzeń, w której stykają się: rolnictwo przemysłowe, migracje zarobkowe, turystyka, nowy ruch „powrotu na wieś” z miast, a także bardzo przyziemne wyzwania: wykluczenie komunikacyjne, starzenie się społeczności, presja ekonomiczna. Współczesna sztuka a folklor splatają się tu w pytaniu: co z tej dawnej kultury jeszcze działa, co jest tylko mitem, a co można twórczo przeformułować?

Od globalnej „papki” do lokalnego idiomu

Kryzys wielkich narracji – religijnych, politycznych, modernizacyjnych – sprawił, że wielu artystów szuka dziś małych, lokalnych historii. Zamiast uniwersalnych opowieści o Człowieku, Wolności czy Postępie, pojawiają się prace o konkretnej wsi, rodzinie, rzemieślniku, kole gospodyń wiejskich czy małym miasteczku. Te mikroopowieści często są dużo bardziej nośne niż kolejne abstrakcyjne manifesty.

Ludowość oferuje tu język form, który jest natychmiast rozpoznawalny: kolorowe pasy, kwiaty, rozety, parzenice, sylwetki świątków, wzory z dywanów i kilimów, motywy zwierząt gospodarskich. Ale to tylko wierzchnia warstwa. Głębiej kryje się sposób myślenia o świecie: cykliczność, praca wspólnotowa, humor, religijno-magiczna interpretacja codzienności. Artyści współcześni często próbują na nowo odczytać ten „system” – albo, przeciwnie, zestawić go z turbo-kapitalistyczną teraźniejszością.

Do głosu dochodzi również zmęczenie bezsmakową estetyką centrów handlowych, tanich dekoracji wnętrz i sztucznej „uniwersalności” Airbnb. W tym kontekście ręcznie haftowany obrus, malowany kufer czy prymitywna rzeźba z lipy zaczynają wyglądać jak gest radykalny: nie dlatego, że są piękne w klasycznym sensie, ale dlatego, że niosą ślady konkretnego czasu, miejsca i osoby. Współczesny artysta, który świadomie sięga po te formy, nie tyle „ozdabia się folkiem”, ile buntuje się przeciwko estetycznej wymienności wszystkiego ze wszystkim.

Programy grantowe, rezydencje i „moda na prowincję”

Nie ma co udawać: za częścią zwrotu ku ludowości stoją również bardzo przyziemne mechanizmy. W ostatnich latach coraz więcej instytucji – od ministerialnych programów po lokalne ośrodki – wspiera projekty oparte na dziedzictwie lokalnym, „kulturze tradycyjnej”, „odkrywaniu korzeni”. Artyści korzystają z rezydencji w małych miejscowościach, realizują działania w partnerstwie z domami kultury, skansenami, muzeami etnograficznymi.

To zjawisko bywa ironicznie określane jako „moda na prowincję”. Młodzi twórcy z dużych miast zjeżdżają do wsi, by „pracować z lokalną społecznością” i „odzyskiwać pamięć miejsca”. Zdarza się, że takie projekty kończą się jedynie ładną dokumentacją i poczuciem, że „coś się działo”. Ale bywa też, że przekładają się na realne relacje, długofalowe współprace i konkretne zmiany w patrzeniu – zarówno mieszkańców wsi na siebie samych, jak i artystów na wieś.

Kolorowe wnętrze w Zalipiu z tradycyjnymi polskimi malowidłami ludowymi
Źródło: Pexels | Autor: Michał Robak

Od Cepelii do galerii – krótka historia flirtu sztuki współczesnej z ludowością

Cepelia i PRL: ludowość „na półce” i w gablotce

Historia relacji polskiej sztuki współczesnej z ludowością jest ściśle związana z dziedzictwem Cepelii – Centrali Przemysłu Ludowego i Artystycznego, która przez dekady PRL-u pełniła rolę państwowego kuratora „sztuki ludowej”. Z jednej strony dawała ona rzemieślnikom dostęp do rynku, promowała ich wyroby, standaryzowała wzory, wspierała szkolenia. Z drugiej – spłaszczała i homogenizowała lokalne idiomy, produkując „bezpieczną”, przewidywalną ludowość na eksport i na półkę.

W rezultacie wiele osób kojarzy sztukę ludową właśnie z tym: dekoracyjną serwetą, „krakowską” laleczką, wazonem z ludowym ornamentem, który świetnie pasuje do meblościanki. Dla pokolenia artystów wychowanych w latach 80. i 90. to był często obraz kiczu i obciachu, od którego chcieli uciec w stronę surowej awangardy, minimalizmu czy konceptualizmu.

Do tego dochodziła propaganda PRL-owska, która chłopa uczyniła jednym z głównych bohaterów oficjalnej narracji. Wieś bywała heroizowana w plakatach, malarstwie, rzeźbie pomnikowej, ale jednocześnie sprowadzana do roli dekoracji: pięknych dożynkowych wieńców, uśmiechniętych dziewczyn w strojach ludowych, traktorów na tle zachodzącego słońca. Taka ludowość była „sformatowana” ideologicznie, a więc i podejrzana dla kolejnych pokoleń artystów.

Po 1989 roku: ludowość jako kicz i rekwizyt reklamy

Transformacja po 1989 roku przyniosła gwałtowny zwrot w stronę kultury konsumpcyjnej. W tej logice tradycja ludowa szybko stała się atrakcyjnym gadżetem – łatwym do wykorzystania w reklamie, designie, marketingu miejsc. Motywy z Łowicza czy Podhala trafiały na opakowania produktów, logotypy gmin, kostiumy hostess na targach turystycznych.

W świecie sztuki współczesnej ludowość długo funkcjonowała jako „obciach”, coś, z czego się żartuje lub co służy jako element krytyki kultury masowej. Artyści wykorzystywali motywy ludowe, by pokazać konflikt między „wysoką sztuką” a gustem masowym, między autentycznością a produkowanym na masową skalę pseudo-folklorem. Pojawiały się prace, które łączyły wycinankę z neonami, świątki z plastikową tandetą, haft z logotypami korporacji.

Jednocześnie zaczęły się pierwszy raz od dawna poważniejsze kontakty między środowiskiem artystycznym a muzeami etnograficznymi. Kolekcje sztuki ludowej przestały być wyłącznie domeną badaczy; artyści zaczęli odwiedzać magazyny, przeglądać archiwa, fotografować, dopytywać o autorów poszczególnych prac. To był powolny, ale ważny krok od traktowania ludowości jako „stylistycznego żartu” do docenienia jej jako autonomicznego pola twórczości.

Przełomy: kiedy wieś przestaje być tylko tłem

Za punkt zwrotny wielu badaczy uznaje lata 2000–2010, gdy zaczęły się pojawiać wystawy i projekty kuratorskie, które zestawiały sztukę ludową i współczesną na równych prawach. Zamiast „inspiracji folkiem” zaczęto mówić o dialogu, wspólnym polu, współczesnych kontynuacjach. Ważne były m.in. projekty realizowane przez muzea etnograficzne (Kraków, Warszawa, Toruń) we współpracy z galeriami sztuki współczesnej i instytucjami kultury.

Dla osób, które planują własne projekty z zakresu sztuki współczesnej inspirowanej tradycją, przydatne mogą być rozmaite portale i blogi o kulturze – tam często pojawiają się praktyczne wskazówki: kultura oraz przykłady udanych (i mniej udanych) inicjatyw z całego kraju.

Na takich wystawach zderzano np. klasyczne rzeźby wiejskich twórców z pracami współczesnych rzeźbiarzy operujących podobnymi motywami (święci, zwierzęta, sceny codzienne). Pokazywano wycinanki obok kolaży i prac cyfrowych, hafty obok instalacji tekstylnych, dawne plakaty dożynek zestawione z krytycznymi plakatami społecznymi. Zaskoczeniem bywało to, jak blisko formalnie bywały te światy – i jak inne bywało ich rozumienie w kontekście.

Coraz częściej jako twórcy zapraszani byli również sami artystki i artyści wywodzący się z wiejskich społeczności, którzy nigdy nie mieli statusu „ludowych twórców” w sensie formalnym, ale tworzyli „dla siebie” – rzeźbiąc, haftując, malując, zdobiąc własne domy. Ich prace zaczęły trafiać do galerii sztuki współczesnej nie jako kurioza, lecz jako pełnoprawne wypowiedzi artystyczne. To przesunięcie otworzyło drogę do myślenia o ludowości jako żywej praktyce, a nie zamkniętym rozdziale w historii.

Co dziś znaczy „sztuka ludowa”? Spór o definicje i granice

Ludowość jako forma czy sposób myślenia?

Dla części odbiorców „sztuka ludowa” to po prostu konkretny zestaw form: kwiaty łowickie, parzenica, koronka koniakowska, kurpiowska wycinanka. Taki katalog jest wygodny, bo umożliwia szybkie rozpoznanie „ludowości” w projektach graficznych, modzie, rękodziele. Problem w tym, że zamienia bogatą, złożoną kulturę w bank clipartów, z którego można wycinać dowolne kształty.

Coraz więcej badaczy i artystów podkreśla, że „ludowość” to przede wszystkim pewna logika tworzenia: powiązanie sztuki z konkretną wspólnotą, z funkcją użytkową, z obrzędem; silne osadzenie w rytmie roku, w relacji z przyrodą i religią, w pamięci rodzinnej. Sztuka ludowa nie powstawała „do galerii”, lecz dla ludzi – jako dekoracja domów, element strojów, narzędzie budowania prestiżu, wyraz wiary, znak statusu, forma zabawy.

Między autentycznością a stylizacją

Spór o to, czym jest „prawdziwa” sztuka ludowa, często rozgrywa się między obozem autentyczności a obozem stylizacji. Jedni twierdzą, że o ludowości można mówić tylko tam, gdzie twórca jest organicznie związany z lokalną wspólnotą, gdzie działa ciągłość przekazu międzypokoleniowego, a prace powstają z myślą o lokalnych potrzebach. Inni przyjmują bardziej otwarte podejście: liczy się język wizualny, sposób pracy, „duch” tradycji, nawet jeśli autor mieszka w bloku na 10. piętrze w Warszawie.

Ta różnica świetnie wychodzi na powierzchnię przy okazji konkursów i przeglądów. Organizatorzy muszą zdecydować, czy przyjmują prace artystów po akademiach, którzy świadomie „grają folkiem”, czy ograniczają się do osób bez formalnego wykształcenia plastycznego. W praktyce powstają trzy równoległe obiegi: klasycznych twórców ludowych (często starszego pokolenia), artystów „z pogranicza” oraz twórców w pełni profesjonalnych, którzy z ludowości robią jedno z wielu narzędzi.

Nie da się też uciec od pytania o rynek. Gdy lokalna rękodzielniczka zaczyna sprzedawać swoje serwety na zagranicznej platformie sprzedażowej, zmienia format, kolory, dostosowuje się do gustu klienta z Berlina czy Sztokholmu – czy wciąż „należy” do świata ludowości? A gdy student grafiki projektowej tworzy serię plakatów inspirowanych haftem łemkowskim, ale pokazuje je głównie w internecie i w galeriach – czy możemy go nazwać artystą ludowym? Zainteresowanie sztuką współczesną tymi pytaniami nie jest wyłącznie teoretyczne; przekłada się na realne decyzje kuratorskie i budżety.

Granice geograficzne i polityczne: kto jest „ludem”?

Drugi spór dotyczy samego słowa „lud”. W polskiej tradycji kojarzy się ono przede wszystkim z chłopstwem, wsią, kulturą większości etnicznej. Tymczasem coraz głośniej wybrzmiewają głosy, że pod parasolem „ludowości” powinny się znaleźć również tradycje mniejszości: łemkowskie, romskie, białoruskie, kaszubskie, ukraińskie, śląskie. Dla artystów współczesnych to pole wyjątkowo wrażliwe: łatwo wpaść w egzotyzację albo w odtwarzanie dawnych stereotypów.

Dlatego część twórców woli mówić o sztuce zakorzenionej czy sztuce wspólnot lokalnych, unikając obciążonego słowa „ludowa”. Inni próbują to pojęcie odzyskać, wskazując, że pierwotnie odnosiło się ono do konkretnej pozycji klasowej, a nie do przebrania w strój regionalny. Współpraca z grupami mniejszościowymi często wymusza zmianę języka: to nie akademicki artysta „daje głos ludowi”, ale raczej oddaje przestrzeń tym, którzy dotąd jej nie mieli.

Grupa młodych ludzi w barwnych polskich strojach ludowych na dworze
Źródło: Pexels | Autor: Roman Biernacki

Strategie artystów: zawłaszczanie, dialog, współpraca

Zawłaszczanie: folk jako gotowy kostium

Najprostsza – i najczęściej krytykowana – strategia to zawłaszczanie ludowości jako atrakcyjnego kostiumu. Artysta wybiera kilka rozpoznawalnych motywów (kwiaty, koguty, świątki), przetwarza je formalnie, dodaje przewrotne hasło i prezentuje całość w galerii. Odbiorcy, przyzwyczajeni do ironicznej gry cytatami, czytają to jako komentarz do kultury masowej czy polityki tożsamości, ale dla osób związanych z daną tradycją może to być po prostu nieprzyjemne „użycie” czyjejś symboliki.

Zarzut kulturowego zawłaszczenia pojawia się szczególnie tam, gdzie twórca ignoruje kontekst: korzysta z ornamentyki obrzędowej bez zrozumienia jej znaczeń, zestawia motywy religijne z obrazami przemocowymi wyłącznie dla efektu szoku, „uśmieszkuje” tradycje, które dla kogoś wciąż są żywe i ważne. Na poziomie formalnym prace bywają efektowne, ale często wzmacniają stereotypową wizję „prostego ludu”, który można bezkarnie cytować i przerabiać.

Nie oznacza to, że każda krytyczna lub przewrotna praca z motywami ludowymi jest z założenia opresyjna. Różnicę robi sposób przygotowania: czy artysta zderza się z żywą społecznością, czy pracuje wyłącznie na reprodukcjach z albumu; czy wchodzi w relacje, czy traktuje ludowość jak darmowy bank stocków. Instytucje wystawiennicze coraz częściej wymagają od twórców refleksji nad tym wymiarem pracy – czasem także konsultacji z lokalnymi partnerami.

Dialog: wystawy, które słuchają obu stron

Strategia dialogu zakłada, że prace współczesnych artystów i dzieła twórców ludowych mogą wzajemnie się komentować, ale bez hierarchii. Kuratorzy budują wtedy wystawy jak rozmowę: rzeźba świątka staje obok konceptualnej instalacji o religijności, tradycyjna wycinanka zestawiona bywa z animacją komputerową opartą na podobnej symetrii. Odbiorca nie dostaje prostej lekcji „inspiracji”, lecz raczej zaproszenie do porównywania sposobów myślenia o świecie.

W takim ujęciu artyści współcześni nie są „gwiazdami”, które ożywiają znudzone muzeum etnograficzne, ale partnerami, którzy sami uczą się z lokalnych tradycji. Jedna z kuratorek opowiadała, że dopiero przy wspólnej aranżacji wystawy z rzeźbiarzem-samoukiem zrozumiała, jak ważny jest konkretny układ prac – kto stoi obok kogo, jakie postaci patrzą na siebie nawzajem. Dla niej to była kwestia ekspozycji, dla niego – niemal teologii przestrzeni.

Współpraca: wspólne autorstwo i dzielona odpowiedzialność

Najdalej idącą strategią jest współautorstwo. Zamiast „inspirować się” lub „interpretować”, artysta współczesny pracuje ramię w ramię z twórcami ludowymi, lokalnymi rzemieślnikami, kołami gospodyń wiejskich, strażakami-ochotnikami czy młodzieżową orkiestrą dętą. Efektem bywa dzieło, pod którym podpisanych jest kilka lub kilkanaście osób, często z różnych pokoleń i środowisk.

Takie projekty są czasochłonne i wymagają czegoś, czego nie da się zapisać w harmonogramie grantowym: zaufania. Artyści uczą się odpuścić kontrolę nad efektem końcowym, uznać, że ktoś „z zewnątrz świata sztuki” ma prawo zmienić formę, kolor, nawet sens pracy. Lokalni partnerzy z kolei muszą uwierzyć, że nie są jedynie „dostawcami wzorków”, ale pełnoprawnymi współtwórcami. Kiedy ta chemia się uda, powstają realizacje, które trudno byłoby wymyślić komukolwiek w pojedynkę.

Przykładem może być murale tworzone we współpracy z lokalnymi hafciarkami: wzór powstaje w oparciu o tradycyjne motywy, ale jest wspólnie skalowany, upraszczany, dostosowywany do ściany magazynu czy remizy. Twórczynie, które dotąd pracowały na obrusach i serwetach, nagle widzą swoje układy kolorystyczne w skali kilkunastu metrów. A artysta muralowy dostaje coś więcej niż „ładny ornament” – dostaje za sobą całe żywe archiwum opowieści.

Tancerze w tradycyjnych polskich strojach ludowych podczas występu na dworze
Źródło: Pexels | Autor: Roman Biernacki

Motywy, symbole, kolory: jak tradycja ludowa wygląda w nowych pracach

Flora, fauna i fantazja

Jeśli spojrzeć na współczesne prace inspirowane tradycją ludową, szybko okaże się, że ogromną rolę wciąż grają motywy roślinne i zwierzęce. Kwiaty, drzewa, ptaki, konie, ryby – wszystko to wraca, ale w nowych konfiguracjach. Artyści chętnie rozbijają symetrię klasycznych wycinanek, multiplikują pojedyncze elementy, zamieniają koguta w abstrakcyjny znak albo w logo fikcyjnej firmy z małego miasteczka.

Wiele współczesnych realizacji wykorzystuje też ludowe motywy fantastyczne: diabły, strachy, południce, topielice. W dawnych rzeźbach czy malarstwie na szkle pełniły one funkcję ostrzegawczą i edukacyjną; dziś stają się świetnym wehikułem do opowiadania o lękach związanych z kryzysem klimatycznym, migracjami czy przemocą ekonomiczną. Zamiast „diabła od wódki” pojawia się np. „diabeł kredytowy” czy „strzyga ze smogiem” – brzmi groteskowo, ale wizualnie potrafi być bardzo mocne.

Kolor jako manifest

Tradycyjne palety barw – jaskrawa zieleń i żółć, intensywna czerwień, kontrastowe zestawienia – bywały przez lata uważane za „nieprofesjonalne”, „niedojrzałe”. Współcześni artyści coraz częściej sięgają właśnie po ten „przesterowany” kolor jako formę sprzeciwu wobec minimalistycznej estetyki bieli, szarości i beżu. Folkowe kontrasty stają się wizualnym odpowiednikiem głośnego śmiechu w przestrzeni publicznej, gdzie wszystko ma być „stonowane” i „premium”.

Nie chodzi zresztą tylko o prostą reprodukcję dawnych barw. Projektanci i malarki eksperymentują z ich nasyceniem, przenoszą je w świat neonu, światła LED, ekranów. Wycinanka podświetlona od tyłu zachowuje swój rytm, ale zyskuje nową, niemal witrażową jakość. Z kolei haftowane motywy skanowane i drukowane w ogromnym powiększeniu ujawniają mikroświat węzełków, splotów, niedoskonałości – coś jak „mapa dotyku” sprzed kilkudziesięciu lat.

Formy przestrzenne: od świątków do instalacji site-specific

Szczególnie ciekawie rozwija się dialog z tradycją rzeźby i zdobnictwa przestrzeni. Dawne świątki, kapliczki, bramy weselne czy zdobione belki stropowe stanowią punkt wyjścia dla dużych instalacji w przestrzeni publicznej. Artystki tworzą współczesne „kapliczki” upamiętniające lokalne bohaterki, ofiary przemocy domowej, znikające zawody. Zamiast świętego patrona pojawia się więc np. postać nieznanej z nazwiska akuszerki, która przez dziesięciolecia pomagała rodzić kobietom w okolicy.

W wielu projektach kluczowa jest tymczasowość: konstrukcje z drewna, słomy, tkanin powstają na czas konkretnego święta, festiwalu czy rocznicy, by później zniknąć – spalone, rozebrane, rozdane na części. To nawiązanie do logiki dawnych obrzędów, gdzie sztuka nie miała trwać wiecznie, ale intensywnie zaznaczyć swój moment. Dziś bywa to też gest przeciwko „betonowaniu” przestrzeni publicznej kolejnymi trwałymi pomnikami.

Jeśli interesują Cię konkrety i przykłady, rzuć okiem na: Murale jako narzędzie rewitalizacji przestrzeni.

Nowe media, stare wzory

Równolegle rozwija się nurt, który łączy ludowość z technikami cyfrowymi. Wzory haftów stają się podstawą generatywnych animacji, rytmy wycinanek przekłada się na algorytmy sterujące światłem, muzykę ludową rozbiera się na próbki i zapętla w instalacjach dźwiękowych. Dla części widzów to brzmi jak herezja, ale dla młodszych twórców to często po prostu naturalne środowisko pracy.

Ciekawym polem eksperymentu są gry komputerowe i doświadczenia VR osadzone w sceneriach stylizowanych na dawne wioski czy jarmarki. Zamiast „historycznej rekonstrukcji” powstają fantazje na temat tego, jak mogłaby wyglądać wieś, gdyby to jej estetyka, a nie modernistyczne blokowiska, stała się domyślnym wzorcem urbanistycznym. Oczywiście, to tylko zabawy z wyobraźnią – ale w ich tle toczy się całkiem poważna debata o tym, kto ma prawo wymyślać przyszłość.

Tematy trudne: ludowość, nacjonalizm, religia i wykluczenie

Folk a nacjonalizm: cienka granica

Od kilku lat w Polsce coraz wyraźniej widać, jak estetyka ludowa bywa zawłaszczana przez ruchy nacjonalistyczne. Wzory z wycinanek, motywy z pasów góralskich, symbolika „słowiańskości” trafiają na transparenty, koszulki, plakaty marszów. Ludowość staje się w takim ujęciu dowodem rzekomej jednorodności kulturowej, „wiecznej polskości” i argumentem przeciwko różnorodności.

Artyści współcześni reagują na to na kilka sposobów. Jedni starają się „odczarować” motywy ludowe, pokazując ich wielokulturowe źródła – wspólne wątki polsko-ukraińskie, polsko-żydowskie, polsko-białoruskie. Inni celowo wprowadzają do kompozycji elementy, które kłócą się z nacjonalistyczną wizją: tęczowe flagi, symbole innych religii, portrety migrantów. Jeszcze inni przyjmują strategię „pustego gestu” – tworzą prace, które na pierwszy rzut oka wyglądają jak klasyczny folk, ale po bliższym obejrzeniu okazują się opowieścią o przemocy symbolicznej czy pamięci wypędzeń.

Religia między wiarą a krytyką

Motywy religijne są w sztuce ludowej wszechobecne – krzyże przy drogach, kapliczki, obrazy świętych. Dla wielu współczesnych artystów, wychowanych w kulturze katolickiej, to jednocześnie język dzieciństwa i obszar konfliktu. Prace inspirowane ludowymi wizerunkami Maryi, Chrystusa czy świętych idą w dwóch skrajnie różnych kierunkach: kontynuacji i kontestacji.

Między świętością a codziennością

Część twórców wchodzi w dialog z ludową religijnością bardzo cicho, prawie bez słów. Zamiast wielkich manifestów pojawiają się gesty przesunięcia akcentów. W ludowych obrazach Matka Boska często stoi pośrodku pola, w otoczeniu kwiatów, z wianuszkiem dzieci u stóp. W nowych realizacjach centrum kompozycji zajmują same dzieci, pielęgniarka z miejscowego ośrodka zdrowia albo kobieta w fartuchu z Biedronki, a maryjny nimb zostaje zaledwie szkicowo zaznaczony, jakby „w tle pamięci”.

Dotyczy to również kapliczek. Zdarza się, że artystki proszą mieszkańców o zgodę na tymczasową interwencję: dodanie małego, ręcznie pisanego napisu („Za tych, którzy wyjechali”, „Za tych, o których nikt nie modli się po imieniu”) albo dołożenie bukietu sztucznych kwiatów w kolorach tęczy. Niby drobiazgi, lecz wywołują gorące rozmowy w sąsiedztwie – o tym, kto jest „godny” obecności w symbolicznej przestrzeni świętości.

Są też realizacje, które uderzają w dużo mocniejszy ton. Ludowy motyw „Serca Jezusowego” zostaje przeniesiony na baner reklamowy z hasłem o kredytach i ubezpieczeniach; wizerunek świętego Floriana gaszącego pożar wiejskiej stodoły zamienia się w figurę strażaka z OSP, który walczy z płonącą hałdą śmieci na wysypisku. Obrazki wyglądają jak z odległego kółka plastycznego, ale trafiają w samo sedno sporu o to, czym dziś jest grzech i odpowiedzialność: prywatnym wyborem czy systemową katastrofą?

Wykluczeni z ludowości

Przez długi czas narracja o „polskiej wsi” była opowiadana w liczbie pojedynczej: jedna tradycja, jeden kanon, jeden zestaw barw i strojów. Współczesne praktyki artystyczne mocno ten obraz rozszczelniają, pokazując tych, którzy z tej „wspólnoty ludowej” byli lub są wypychani.

Dotyczy to przede wszystkim mniejszości etnicznych i religijnych. Artyści sięgają do ikonografii romskich taborów, tatarskich nagrobków, dawnych żydowskich szyldów rzemieślniczych. Nie po to, by stworzyć kolejny „etno-miks” do modnej knajpy, ale by przypomnieć, że sama ludowość była w praktyce niezwykle zróżnicowana. Haft z Podlasia to nie tylko biel i czerwień, lecz także zielono-niebieskie motywy muzułmańskich macek i stylizowanych gwiazd. Włączenie ich do współczesnych prac bywa gestem przywracania pamięci, ale równie często cichą deklaracją polityczną.

Osobny wątek to wykluczenie ze względu na płeć, orientację czy status społeczny. W tradycyjnych przedstawieniach ludowych trudno znaleźć nieheteronormatywne pary, osoby z niepełnosprawnościami czy samodzielne matki – chyba że w roli „przestrogi”. Dzisiejsi artyści i artystki dopisują te postacie do ludowego imaginarium: na haftowanych makatkach pojawiają się dwie panny młode, w malowanych na szkle scenach weselnych widać wózek inwalidzki, a na wycinankowej procesji widać transparent „Wieś też jest różnorodna”.

Takie wtręty potrafią zirytować zarówno konserwatywnych obrońców „czystości tradycji”, jak i część środowiska artystycznego, które wciąż traktuje ludowość jako ładny, ale „politycznie niegroźny” ornament. Tymczasem dla wielu twórców jest to właśnie przestrzeń, w której można bardzo jasno powiedzieć: jeśli w ludowej opowieści nie ma miejsca na pewne doświadczenia, to trzeba tę opowieść przepisać.

Jeśli chcesz pójść krok dalej, pomocny może być też wpis: Miasto w oku artysty – urbanistyczna grafika.

Ludowe pamięci, lokalne traumy

Za kolorowymi wycinankami i haftami kryją się historie, które rzadko trafiały do oficjalnych podręczników. Współczesna sztuka coraz odważniej sięga do tych lokalnych traum, używając ludowych form jako narzędzi opowiadania o przemocy, biedzie, wojnie czy przesiedleniach.

Przykładowo, w jednej z instalacji site-specific artystka poprosiła mieszkanki wsi o opowiedzenie historii „tej jednej nocy, której się nie mówi”. Z nagrań powstał dźwiękowy kolaż, a do tego – seria prostych, niemal naiwnych rysunków na szkle, nawiązujących do dawnego malarstwa dewocyjnego. Zamiast świętych: twarze kobiet, mężczyzn w mundurach, sylwetki w drzwiach. Całość zawisła w dawnej oborze. Efekt? Coś pomiędzy prywatnym sanktuarium pamięci a ludową wersją raportu o przemocy.

Podobnie dzieje się z pamięcią przesiedleń i Akcji „Wisła”. Haftowane obrusy, na których kiedyś umieszczano błagalne sentencje („Daj nam chleb powszedni”), dziś bywają nośnikiem map utraconych wiosek. Każdy kwiat to nazwa miejscowości, każdy liść – liczba rodzin, które musiały wyjechać. Z daleka – klasyczny, „miły” haft; z bliska – statystyka przymusowej migracji, zapisana w estetyce wiejskiej kuchni.

Tego typu realizacje łamią często oczekiwanie, że ludowość ma być „lekką”, „odpoczynkową” sferą kultury. Zmuszają też do pytania: kto ma prawo pamiętać, a kto ma milczeć? Gdy kobieta, która całe życie haftowała serwetki „na prezenty ślubne”, zaczyna wyszywać na nich imiona ofiar przemocy domowej z powiatu, przestrzeń sztuki i przestrzeń lokalnej polityki zderzają się ze sobą bez żadnych bezpieczników.

Wieś na TikToku, czyli nowi mediatorzy tradycji

Tradycja ludowa nie wraca dziś wyłącznie przez galerie i instytucje. Ogromną rolę odgrywają media społecznościowe, w których wiejscy twórcy, koła gospodyń czy młodzi rolnicy zaczęli dokumentować swoją codzienność. Obok filmików z żniw czy gotowania pierogów pojawiają się krótkie tutoriale haftu, nagrania z prób orkiestry dętej, a nawet „haul” z targu końskiego. Bywa to jednocześnie rozbrajająco zabawne i bezlitośnie szczere.

Dla wielu artystów miastowych to właśnie te materiały są dziś pierwszym kontaktem z żywą tradycją, a nie archiwa muzealne. Ktoś trafia na TikToka z filmikiem, na którym starsza pani pokazuje „jak się robi kogucika z masła na Wielkanoc”, po czym wykorzystuje ten motyw w performansie o kruchości ciała i ekonomii opieki. Czy to zawłaszczenie? Czasem tak, czasem nie – spór rozstrzyga się w mailach, komentarzach, wspólnych projektach na miejscu.

Niektórzy twórcy ludowi sami zaczynają grać rolę kuratorów własnej tradycji. Nagrywają wideo, w którym prostują błędy modnych projektantów („To nie jest łowicki wzór, tylko mazowiecki, proszę nie mieszać”), komentują współczesne kolekcje mody czy oceniają mural „na ludowo” na ścianie lokalnej szkoły. Te mikrorecenzje bywają ostrzejsze niż niejeden tekst krytyczny – i pokazują, że podział na „świat sztuki” i „świat wsi” coraz częściej pęka w najmniej spodziewanych miejscach.

Ekologia i agro-futurystyka

W tle sporów o nacjonalizm czy religię rozwija się jeszcze jedna, coraz silniejsza linia: ekologiczne czytanie tradycji ludowej. Dla części artystów wieś i dawne rzemiosła są przede wszystkim archiwum praktyk zrównoważonych – choć nikt tak tego wtedy nie nazywał. Obrót nawozem, kompostowanie, wspólne korzystanie z narzędzi, sezonowość jedzenia, oszczędne gospodarowanie tkaniną – wszystko to wchodzi dziś do języka sztuki jako materiał, a nie tylko tło.

Pojawiają się realizacje, w których odpady z przemysłowych gospodarstw zamieniają się w „negatyw” dawnych palm wielkanocnych, a dawne techniki plecionkarskie służą do budowania tymczasowych schronień dla uchodźców klimatycznych w ramach festiwali artystycznych. Nie chodzi o naiwny powrót do „sielskiej wsi”, raczej o eksperyment: co by było, gdyby potraktować wiedzę ludową jak poważną propozycję przyszłości, a nie interesującą ciekawostkę muzealną?

Na tym tle wyrasta zjawisko, które część badaczy nazywa „agro-futurystyką”. Artyści wyobrażają sobie światy, w których zaawansowane technologie współistnieją z ręcznym rzemiosłem, a pejzaż rolniczy staje się centrum innowacji, nie peryferią. Na wizualizacjach widać drony monitorujące pola obsadzone dawnymi odmianami zbóż, domy z gliny i słomy wyposażone w panele słoneczne, a na ścianach – haftowane interfejsy, które łączą mieszkańców z siecią. Brzmi jak żart? Trochę tak, ale za tą fantazją stoi poważne pytanie o to, kto będzie definiował „nowoczesność” w następnym pokoleniu.

Ekonomia zachwytu i wyzysk

Im popularniejsza staje się ludowość, tym ostrzej widać nierówności ekonomiczne, które się za nią kryją. Koszulka z „folkowym” nadrukiem za kilkaset złotych może bazować na motywie, który lokalna hafciarka sprzedaje na serwetce za ułamek tej kwoty. Projektant dostaje nagrodę, a autorka wzoru – ewentualnie zaproszenie na pokaz z miejscówką w trzecim rzędzie.

Część artystów próbuje tę sytuację rozgrywać inaczej. Zamiast traktować wiejskich twórców jak tanich podwykonawców, proponują modele współwłasności: wspólny podpis pod pracą, podział honorarium, procent ze sprzedaży edycji limitowanej. To nie zawsze działa idealnie (księgowość potrafi powiedzieć „nie” szybciej niż ktokolwiek inny), ale eksperymenty trwają. Zdarzają się galerie, które w ogłoszeniu o wystawie zaznaczają: „Praca powstała we współpracy z Kołem Gospodyń Wiejskich w X. 50% zysków wraca do lokalnej społeczności”. Proste zdanie, a zmienia sposób, w jaki patrzymy na obraz na ścianie.

Na drugim biegunie rośnie presja rynku na „szybki folk”. Festiwale zamawiają „coś ludowego, ale bez polityki”, agencje reklamowe szukają „autentyczności z twistem”, a artyści dostają briefy w stylu: „Ma być swojsko, ale nie biednie”. Taki popyt kusi do uproszczeń i odcinania kuponów. Tu właśnie wraca pytanie o odpowiedzialność: czy da się zarabiać na folkowej estetyce, jednocześnie nie sprowadzając jej do roli dekoracji do reklamy parówek?

Ludowość jako pole negocjacji

Widać więc, że współczesna tradycja ludowa w polskiej sztuce nie jest ani spokojnym skansenem, ani prostą modą sezonową. To raczej gęste pole negocjacji – o pamięć, tożsamość, pieniądze, przyszłość. Twórcy lawirują między zachwytem nad rzemiosłem a obawą przed kiczem, między chęcią naprawy historycznych krzywd a ryzykiem ich estetyzacji, między potrzebą zakorzenienia a niezgodą na zamknięcie w jednej „narodowej” opowieści.

Paradoksalnie to właśnie ta niejednoznaczność sprawia, że ludowość tak mocno wraca. Jest niewygodna, kłopotliwa, chwilami przyciężka – ale oferuje coś, czego brakuje w gładkiej, globalnej estetyce: konflikt i niezgodę wpisane w obraz. A z takim materiałem sztuka współczesna lubi pracować najbardziej.

Najczęściej zadawane pytania (FAQ)

Dlaczego tradycja ludowa znowu jest popularna w polskiej sztuce współczesnej?

Powrót do ludowości jest reakcją na kilka równoległych zjawisk: zmęczenie globalną, „bezsmakową” estetyką, kryzys wielkich ideologii i napięcia wokół tożsamości narodowej. Artyści uciekają od uniwersalnych, abstrakcyjnych haseł i szukają zakorzenienia w konkretnych miejscach, historiach i formach wizualnych.

Tradycja ludowa staje się narzędziem zadawania niewygodnych pytań: o relacje miasto–wieś, o to, kto ma prawo mówić w imieniu „prawdziwego ludu”, a także o to, co z dawnej kultury jest żywe, a co zostało zamienione w marketingowy rekwizyt. Folk w sztuce współczesnej to raczej pole negocjacji i sporów niż grzeczna dekoracja.

Czym różni się kultura ludowa od folkloru i „folku festynowego”?

Kultura ludowa w klasycznym sensie to szeroki sposób życia: praktyki, wierzenia, rzemiosło, obyczaje, sposoby pracy i świętowania wypracowane przez społeczności wiejskie. To nie tylko wzór z pasiaka, ale też np. to, jak organizowano pomoc sąsiedzką czy jak opowiadano lokalne legendy.

Folklor to węższy zestaw form: pieśni, tańce, stroje, przysłowia, motywy wizualne przypisane do regionów. Można go stosunkowo łatwo „przetłumaczyć” na scenografię, plakat czy logo. „Folk festynowy” to już skomercjalizowana wersja całości – uproszczone koguty, parzenice i „łowickie” kwiaty na kubkach i magnesach. Artyści często używają go ironicznie, jako punktu wyjścia do krytyki banalizowania tradycji.

Jak współcześni artyści wykorzystują motywy ludowe i folklor?

Można wyróżnić kilka powtarzających się strategii. Jedni sięgają do żywej pamięci – rozmawiają z mieszkańcami wsi, dokumentują dawne rzemiosła, pracują z kołami gospodyń czy lokalnymi muzykantami. Inni celowo mieszają „wysoką” sztukę z jarmarcznym kiczem, tworząc np. instalacje z haftowanych obrusów i plastikowych kogutów z bazaru.

Coraz częściej pojawia się też łączenie porządków: artysta pracuje z autentycznym rzemieślnikiem, ale wprowadza współczesne tematy – migracje, przemysłowe rolnictwo, nacjonalizm. Kluczowy jest tu nie sam motyw ludowy, lecz to, jak jest użyty: czy tylko „ładnie wygląda”, czy prowadzi do rozmowy o współczesnej rzeczywistości.

Czy odwołania do ludowości w sztuce mają wymiar polityczny?

Bardzo często tak. Tradycja ludowa bywa przedstawiana przez część sceny politycznej jako źródło „czystej”, jednorodnej polskości. Sztuka współczesna reaguje na to, pokazując wieś jako przestrzeń konfliktów, zmian, nowoczesnych problemów – a nie tylko skansen z kolorowego folderu.

Artyści krytycznie przyglądają się też zawłaszczaniu ludowych motywów przez narracje nacjonalistyczne: haftowane orły, ludowe ornamenty w kampaniach politycznych, idealizowane sceny dożynek. Zamiast utwierdzać te obrazy, pytają, kogo one wykluczają i jakie interesy przykrywają.

Na czym polega „moda na prowincję” w polskiej sztuce?

Pod tym hasłem kryje się m.in. boom na projekty artystyczne realizowane w małych miejscowościach: rezydencje na wsiach, współpraca z domami kultury, warsztaty z lokalnymi twórcami ludowymi. W tle są również programy grantowe nastawione na „dziedzictwo lokalne” i „odkrywanie korzeni”.

Bywa, że kończy się na jednorazowym wydarzeniu i ładnej dokumentacji w portfolio artysty z miasta. Są jednak też przykłady długotrwałych relacji – wspólnych festiwali, nowych zespołów, reaktywacji dawnych technik rzemieślniczych. Kluczowe pytanie brzmi: czy projekt zmienia coś w życiu lokalnej społeczności, czy tylko „zalicza” kolejną wieś.

Jaka była rola Cepelii w kształtowaniu współczesnego podejścia do ludowości?

Cepelia w PRL-u pełniła funkcję państwowego pośrednika między twórcami ludowymi a rynkiem. Z jednej strony dawała rzemieślnikom zbyt, szkolenia i promocję. Z drugiej – standaryzowała wzory, homogenizowała regionalne różnice i produkowała „bezpieczną”, dekoracyjną ludowość do mieszkań z meblościanką i na eksport.

W efekcie całe pokolenie dorastało z obrazem ludowości jako kiczu z gablotki. Po 1989 roku wielu artystów odcinało się od tego dziedzictwa, wybierając minimalizm i awangardę. Dzisiejszy zwrot ku tradycji jest więc również próbą „odzyskania” ludowości spod cepeliowskiej estetyki i PRL-owskiej propagandy, która uczyniła z chłopa wygodnego bohatera oficjalnych narracji.

Jak odróżnić twórcze wykorzystanie folkloru od zwykłej komercjalizacji?

Najprostszy test: czy za użyciem motywów ludowych stoi jakaś praca badawcza, relacja z konkretnym miejscem, refleksja nad współczesnością? Jeśli efekt kończy się na „ładnym wzorku na kubku”, mamy do czynienia z komercjalizacją. Jeżeli artysta wchodzi w dialog z lokalną społecznością, pokazuje napięcia, zmiany i nieoczywiste wątki – można mówić o twórczym przetworzeniu.

Drugi trop to sposób przedstawienia wsi i „ludu”. Idealizowana, pocztówkowa wieś zwykle sygnalizuje marketing albo nostalgię bez pokrycia. Sztuka, która bierze ludowość na serio, dopuszcza też brud, konflikt, współczesne dramaty oraz humor – czasem dość gorzki, ale za to bliższy rzeczywistości niż reklama z uśmiechniętą gospodynią w spódnicy w kwiaty.